Turcja 2018

W moim kalendarzu wyjazdów  jest jeden stały punkt. Od 12 lat każdego roku zazwyczaj na początku sierpnia jadę na Spotkanie organizowane przez Associazione Italiana Canyoning.

Ta włoska federacja organizuje je za każdym razem w innej części Alp. Zloty mają swoich zwolenników i przeciwników. Dla części osób jest tam za dużo ludzi. Przyjeżdża zazwyczaj od 250 do 400 osób. Niewątpliwie powoduje to dużo zamieszania, kolejki do toalet i pryszniców ( ale te przynajmniej są ) i czasami tłok w kanionach. Bez wątpienia nie jest kameralnie. Moim zdaniem zalety jednak przeważają. Są to imprezy tanie – 35 € za tydzień , w tym przede wszystkim nocleg na zaimprowizowanym polu namiotowym oraz przewodnik kanioningowy wydany specjalnie dla uczestników.  Dochodzi do tego poczucie bezpieczeństwa, bo jak nie zgłosimy powrotu to ktoś się o nas zatroszczy. Przy deszczowej pogodzie organizatorzy doradzą gdzie bezpiecznie można pójść – i niekoniecznie będzie to wyłącznie knajpa. Jedną z największych zalet jest jednak mnogość i różnorodność uczestników. Jeżeli nie zamykamy się wyłącznie w swojej hermetycznej grupie, można nawiązać wiele ciekawych kontaktów. Od dziesięciu lat chodzimy często do kanionów z naszymi niemieckimi przyjaciółmi poznanymi na spotkaniu, na które przyjechałem sam z synem. Na spotkaniu w Szwajcarii ( jedynym dotychczas zorganizowanym poza granicami Włoch) Ania i Luca Nizzola dołączyli nas do swojej grupy.

W ubiegłym roku na obozowisku w Delebio zaintrygował mnie samochód oklejony emblematami Istambul Canyoning Team. Widziałem już wcześniej tą grupę zapisaną na wyjście do tych samych kanionów co my.

Turcja to bardzo ciekawy górzysty kraj. Moi znajomi kajakarze jeździli tam systematycznie wczesną wiosną na górskie rzeki. Bardzo sobie chwalili, ale przekaz był prosty. Bez pomocy Turków szanse, że w górach dotrzesz tam gdzie chcesz są marne. Znając Drugą Prawdę o Kanioningu (wg filmu „Cała prawda o kanioningu”) wiedziałem, że nawiązanie kontaktów jest jedyną sensowną metodą na poznanie tureckich kanionów. Bez zbędnej straty czasu na wyważanie otwartych drzwi. Postanowiłem porozmawiać. Pomimo trudności językowych – mój angielski daleki jest od określenia „biegły”, a właśnie poznany Erdal miał jeszcze większe problemy, jakoś poszło. Dowiedziałem się, że są z niekomercyjnego klubu ze Stambułu, że w Turcji jest dużo ciekawych kanionów i co najważniejsze sprawili wrażenie bardzo sympatycznych, życzliwych ludzi. Wymieniliśmy się kontaktami i niezobowiązująco umówiliśmy się na początek lata.

Napisałem maila na początku marca z konkretną propozycją i myślałem już, że nic z tego. Po ponad 3 tygodniach przyszła pozytywna odpowiedź. Ustaliliśmy termin – pierwszy tydzień lipca w okolicach Antalyi. Zacząłem kompletować grupę, ale niestety tu pojawił się problem. Poza Kasią nikt ze stałej ekipy nie miał czasu w tym terminie. Osób mniej doświadczonych nie chciałem brać, żeby nie robić problemu naszym gospodarzom. Poza tym nie bardzo wiedzieliśmy co nas tam czeka.

Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem była informacja – musimy mieć tylko swój transport, śpiwór, karimatkę i sprzęt osobisty do kanionu. Lin, namiotów i sprzętu biwakowego nie brać. Plan też był ciekawy – 3 – 4 kaniony, jeden dzień przerywnik w postaci raftingu i jeden kanion dwudniowy.

Pierwsze trzy dni pobytu zaplanowaliśmy z Kasią na nurkowanie. Było super, ale to już oddzielna historia. W niedzielę rano pojechaliśmy na spotkanie z ekipą turecką. Po przywitaniu ( żadnego z imion nie udało mi się wtedy zapamiętać ) śniadanie i w drogę.

Śniadanie na przystanku autobusowym fot. Bogusław Nizinkiewicz

Pierwszy kanion przewidziany w programie to Kaputaş. Długi – 2,3 km, planowany czas przejścia 6 godzin. W lecie niestety suchy. Opis na descente v4a3IV. W zimie zapewne tak jest tym bardziej, że zjazdy poprowadzone są w wodzie. Niestety nie ma tam nawet w zimie skoków czy toboganów. Prawie wszystkie jeziorka będą miały wodę zaledwie po kolana. Mimo to kanion także w lecie jest wart zobaczenia. Głęboki, ładnie wymyty, kończący się na plaży. Wybór zapewne nie był przypadkowy. Gospodarze sprawdzili jak sobie radzimy, a poza nami mieli jeszcze dwie nowe dla nich osoby w grupie.

Erdal w Kaputas – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Nocleg przewidziany był na plaży. Ponieważ jest to w dzień kąpielisko dla mieszkańców i turystów, zostało wyposażone w toalety i prysznice. Murat przejął obowiązki szefa kuchni. Znakomity kurczak w tureckim wydaniu. Oczywiście nie było mowy o rozbijaniu namiotów. Piękne, czyste niebo, ciepło.

Nocleg na plaży – fot. Firtina Kara Murat

Następnego dnia pojechaliśmy na Kibris. Zaplanowaliśmy zrobienie tylko pierwszego odcinka, 1,5 km na jakieś 2 – 3 godziny. Kanion ciągnie się dalej, ale potem jest już zdecydowanie mniej ciekawy, jeden zjazd i brodzenie w wodzie.

Największy wodospad w Kibris – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Górna sekcja jest bardziej interesująca. Kilka skoków, dwa małe tobogany. Woda czysta, ale na dnie sporo osadu, który po przejściu pierwszej osoby podnosił się i uniemożliwiał ocenę głębokości. Pierwsze miejsce, 4metry. Murat zjeżdża sprawdzić. Woda trochę powyżej pasa. Widzę, że ekipa zabiera się za linę. Powstrzymuję ich i skaczę pierwszy. Za mną Kasia i teraz już wszyscy są chętni. Niestety widzę, że nie ćwiczyli jeszcze skoków na płytką wodę. Chwilę potem jest fajne miejsce do treningu. Pokazuję o co chodzi i wszyscy próbują.

Ćwiczenia w skokach do płytkiej wody – fot. Katarzyna Kula

Jednym wychodzi od razu, inni z uporem skaczą pionowo.  Kanion bardzo ładny, wymyty w wapieniu. W descente opisany jako v3a3IV. Dla mnie to v3 wydaje się na wyrost, a trudności wodne a3 też chyba dopiero zimą. Co do IV-ki to rzeczywiście wyjść raczej się nie da, a i miejsc schronienia nie ma bez liku.

Kanion Kibris – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Jeszcze tego dnia musieliśmy przejechać około 300 km, żeby dotrzeć do kolejnego celu. Trasa w górach i potem przez Antalyę trwała do nocy.

Niektórzy podróżowali w komfortowych warunkach. – fot. Katarzyna Kula

Na biwak zajechaliśmy o pierwszej. Zamiast wzorem części ekipy od razu położyć się, czekaliśmy aż Murat skończy gotować. Trwało to długo i w efekcie zasnęliśmy przed trzecią. Niestety już od szóstej muchy zarządziły pobudkę. Nie jestem w stanie spać gdy te paskudztwa spacerują mi po nosie. Chwilę później samochody i traktory zaczęły zwozić pontony.

Misja ratowania żółwi. – fot. Katarzyna Kula

Tego dnia po południu czekał nas rafting na rzece Köprülü. Wyglądało to obiecująco, ale jak się okazało najciekawsze miejsce było zaraz za startem, a potem wiało nudą. Może przesadzam, ale jako kajakarz górski mam inny punkt odniesienia. Sądząc po ilości zwożonego sprzętu nie wydaje się wyolbrzymione stwierdzenie o 5 tys. osób dziennie spławianych rzeką. W weekendy jest ich ponoć 3 razy więcej.

Pierwsze, najtrudniejsze bystrze na rzece. fot. Fati

Pobudkę w środę zaplanowaliśmy na 5:30. Spaliśmy nad rzeką. Rozłożyłem się z boku. Rano okazało się, że miałem w nocy gości. Sandały rozrzucone kilka metrów od materaca, a spodnie w krzakach z 10 metrów dalej. Całe szczęście, że się znalazły bo w kieszeni miałem kluczyki. Obfite śniadanie ( jajecznica usmażona w ogromniej ilości roztopionego sera) i w drogę. Nasz samochód zostaje na biwaku, a wszyscy razem jedziemy busem na start kanionu Tazi. Szybkie pakowanie, ale tym razem odmienne niż zwykle. Musimy zabrać więcej rzeczy na biwak. Wszystkie wory pękate, mimo że nie zabieramy wielu lin. Ruszamy. Od razu widać, że mamy do czynienia z dużą rzeką.

Spływanie z nurtem Tazi. – fot. Katarzyna Kula

Na początku wędrujemy i spływamy z wartkim nurtem. Szybko kanion zamyka się, a jego ściany stają się coraz wyższe. Erdal twierdzi, że sięgają nawet do 1000 metrów nad poziom rzeki. Kanion ma 12 kilometrów długości. Nie jest opisany na descente. Przeszliśmy go w dwa dni ( 22 godziny akcji). Zapewne można by było zrobić to szybciej, ale pechowo Kasia skręciła sobie kolano pierwszego dnia, kilka godzin po starcie. Szczęśliwie w tej sytuacji wody w rzece było sporo, więc płynęła, a na płyciznach mogliśmy ją holować.

Holowanie poszkodowanej – fot. Firtina Kara Murat

Niestety pokonywanie, suchych odcinków, szczególnie tych niezbyt płaskich było wyzwaniem i wymagało sporo czasu i współpracy kilku osób.

Przeprowadzanie Kasi przez głazowiska – fot. Firtina Kara Murat

Jestem pełen podziwu dla jej hartu ducha. Nie użalała się nad sobą i choć czasami przez łzy, na jej twarzy stale gościł uśmiech. Było tak pomimo tego, że na skutek gapiostwa lub nieświadomi konsekwencji naszych działań nie raz urażaliśmy bolące kolano. Wspaniałą pracę zrobił Murat. Przez cały czas taszczył swój ogromny wór i do tego worek Kasi a często jeszcze jakiś trzeci. Ciekawa jest historia dołączenia Murata do ICT. Na jednym z wyjazdów ekipa klubowa pokonywała suchy kanion. Gdzieś w jego połowie zobaczyli Murata, wspinał się sam w przeciwnym kierunku. Okazało się, że kaniony mu się podobają, ale o kanioningu jeszcze nie słyszał. Po chwili rozmowy dołączył do grupy i został w klubie na stałe.

Ponieważ dwie inne osoby również miały problemy ( Ali miał stłuczoną piętę, a Sevge była wykończona trasą ponieważ bardzo słabo pływa), Erdal zarządził nocleg trochę wcześniej niż planował, ale za to w najlepiej nadającym się do tego miejscu. Na szczycie ogromnego zawaliska leżała wielka płaska płyta.

Rankiem drugiego dnia na biwaku. – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Rano Erdal, Murat i Ali usztywnili nogę Kasi. Zrobili to za pomocą starej karimaty, patyków i taśmy klejącej. Rezultat był znakomity. Noga została zabezpieczona przed dalszymi urazami, można było iść dalej. Gdy następnego dnia trafiliśmy już do szpitala, sanitariusze odmówili zdjęcia tego opatrunku: „nie możemy tego teraz zdjąć, lekarz musi zobaczyć to cudo”. Jeszcze tylko toaleta za parawanem i ruszamy.

Prościej było zrobić parawan, niż holować Kasię w ustronne miejsce – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Drugi dzień podobny do pierwszego, dominuje pływanie. Na szczęście w lecie nie trzeba obawiać się hipotermii. Woda ma temperaturę bliską 30oC. Pomimo przebywania w niej przez cały dzień trudno o ochłodę. Obicie bardzo słabe. Liny są używane rzadko. W całym kanionie jest trochę skoków, szczególnie na końcu różnych zawalisk i obejść. Oczywiście nie dotyczy to Kasi, którą opuszczamy delikatnie z przyrządów, w każdym z takich miejsc. Gdybym miał ocenić ten kanion powiedziałbym v3a6VI. Mieliśmy optymalny średni stan wody. Mniejsza wymuszałaby więcej brodzenia zamiast spływania z nurtem, a podwyższony stan szybko może spowodować duże zagrożenie. Erdal twierdzi, że przy wyższej wodzie trzeba przygotować się na trzy dni w kanionie. Jestem skłonny przyznać mu rację. Jeśli idzie o urodę Tazi, to śmiało mogę powiedzieć, że wdarł się przebojem do pierwszej dziesiątki najładniejszych jakie widziałem.

Piękne formy skalne w Tazi. fot. Katarzyna Kula

W końcu kanion się otwiera, właśnie zapada zmrok. Znajdujemy coś co przypomina drogę. Po kilkuset metrach są jakieś domy. Niestety pertraktacje nie dają efektu, rolnik nie ma możliwości podwiezienia nas. Pół kilometra dalej znajdujemy inne zabudowania. Jeden telefon i już po dwudziestu minutach podjeżdża mały autobus, który odwozi nas na biwak.

Jeszcze muszę pojechać naszym samochodem z Erdalem po jego auto. W tamtą stronę jest OK bo cały czas rozmawiamy. Gorzej z powrotem. Te dwadzieścia kilka kilometrów jazdy za Transporterem to koszmar. Oczy same mi się zamykają. Boję się, że zasnę tuż przed zakrętem, a muszę trzymać się poprzednika, żeby się nie zgubić.

Następnego dnia od rana atakujemy szpital. Zostaliśmy skierowani przez ubezpieczyciela do prywatnej kliniki z dobrą obsługą i to po polsku. Lekarz bada nogę i wyposaża Kasię w kule i usztywnienie kolana. Obeszło się bez gipsu.

Po południu idziemy do specjalnie wybranej restauracji z dobrym tureckim jedzeniem. Polecił nam ją kolega Yavuza, który ma kulinarne hobby. Potrafi polecieć samolotem na drugi koniec kraju, zjeść obiad w jakiejś szczególnej restauracji i jeszcze tego samego dnia wrócić do domu.  Po obiedzie jedziemy w kierunku naszego ostatniego celu – Ahmetler Kanion. Nocujemy w zaprzyjaźnionej bazie kanioningowej na jego końcu. Śpimy pod wiatką na tureckich dywanach.

Rano ruszamy w kierunku wejścia. Jest to skomplikowana operacja bo trasa wiedzie po szutrowych nieoznakowanych drogach w lesie. Pomimo tego, że Erdal już tu był i miał koordynaty miejsca startu trochę błądzimy. Sprawdziły się moje przypuszczenia, co do trudności orientacyjnych. Pomogli jacyś miejscowi staruszkowie, ale nawet Turcy mieli problem, żeby wytłumaczyć im czego szukamy.

W końcu dojeżdżamy. Yavuz i Kasia wracają autem do bazy, a my zaczynamy naszą przygodę z ostatnim kanionem na wyjeździe. Idziemy tylko w trójkę, Erdal, Murat i ja, bo poprzedniego dnia odwieźliśmy na autobus Alego, Fatiego i Sevgi. Idzie sprawnie, kanion jest piękny.

Murat w Ahmetler kanion. – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Nie bez podstaw dostał na descente ocenę za urodę 3,2 punkta na 4 możliwe. Trudności linowe żadne, kanion jest w zasadzie płaski. Na samym końcu jakieś pojedyncze miejsca do zaasekurowania. Organizatorzy komercyjnych przejść, mając problem z dostępnością do kanionu ( nie ma on wyjść ewakuacyjnych ) rozwiązali go nietypowo. Grupy wchodzą do kanionu od dołu. Wszelkie trudności wymagające wspinaczki zostały wyposażone w przykręcone do skały wielkie chwyty, po których idzie się jak po drabinie. Tak zabezpieczony jest spory odcinek. Cały kanion jest zbyt długi dla klientów z ulicy. Nawet mnie trochę zaniepokoiło hasło: do przejścia mamy 7 kilometrów.  A przecież musimy jeszcze dzisiaj dotrzeć do Antalyi, zrobić ostatnie zakupy. Jak się okazało te kilometry to głównie płynięcie. Mało miejsc do pokonania pieszo, ale niestety często bardzo śliskich. Wspaniały kanion na upalny dzień. Poszło sprawnie, zrobiliśmy go w około 4 godziny.

Erdal omija główny nurt – Ahmetler kanion. – fot. Bogusław Nizinkiewicz

Moim zdaniem trudność to v2a4IV. Wydaje się, że podwyższony stan wody nie powinien przy tym spadku znacząco podnieść trudności. Za to zimowe temperatury wody, nawet jak na tureckie warunki, mogą mocno dać się we znaki. Po kanionie suszenie sprzętu. Na szczęście w tym słońcu nie trwa to wieczność.  Pakujemy się i jedziemy do Antalyi. Upał męczy pomimo klimatyzacji, aż strach pomyśleć jak by było, gdyby zawiodła. W trakcie naszego pobytu na południu Turcji, kilkaset kilometrów na wschód od nas odnotowano temperaturę 61oC. Bardzo nam się spodobał ten turecki patent.

Prysznic dla samochodów na stacji benzynowej nie był rzadkością. – fot. Katarzyna Kula

Niestety ceny paliwa, pomimo bliskości pól naftowych nie są zachęcające.

Jeszcze zakupy prezentów, słodyczy. Pod tym względem Turcja jest bardzo niebezpiecznym krajem. Pokus dla łasuchów co nie miara, a każda nowość to wspaniałe odkrycie. Zrobiłem zakupy z pełną świadomością, że limit bagażu mam sporo przekroczony. Na początku wspomnieliśmy, że ich słodycze bardzo nam smakują i będziemy chcieli zabrać coś do domu. Oni natychmiast poprosili kolegę w Stambule, żeby kupił nam baklawę i inne specjały od renomowanego producenta i wysłał spedycją do Antalyi. Po wyjściu ze sklepu z pełnymi torbami dostaliśmy jeszcze paczki od naszych gospodarzy.

Na szczęście Kasia wpadła na znakomity pomysł. Zostawiła im swoją piankę, przywiozą na spotkanie do Włoch. Trzy kilogramy limitu zostały uratowane.

Żegnamy naszych nowych przyjaciół. Jeszcze tylko zatankować samochód, zjeść obiad i przepakować się do samolotu. Na lotnisku mamy być o 7 rano. W pensjonacie po zameldowaniu na hasło obiad, widząc Kasię kuśtykającą o kulach właściciel zarządził podwiezienie nas do centrum. Niby kilka przecznic, ale miły gest, o nic nie prosiliśmy. Opowiedział nam przy okazji, że pracował w Niemczech, zarobił trochę pieniędzy, a teraz wrócił i ma swój mały biznes. Zupełnie tak jak kapitan i właściciel łodzi, która wiozła nas na nurkowanie koło wyspy Kekova. Ci ludzie wcale nie chcą zostawać u nas na stałe, wolą być wśród swoich jeżeli tylko mogą.

Przed wyjazdem Kasia miała dylemat. Zabierać krótkie sukienki czy może będzie to źle widziane. Doszliśmy do wniosku, że w kurortach nad morzem nie powinno być problemu, a później zobaczymy. Yavuz wyjaśnił nam później tutejsze podejście do sprawy. Każdy patrzy na siebie i stosuje się do zasad, które uważa za właściwe. Nikt się nikomu nie wtrąca. W tym samym jeziorku w górach na prowincji kąpaliśmy się my w strojach kąpielowych a obok miejscowe kobiety. Część z nich zanurzała się w swoich powłóczystych ubraniach i chustach. Nie były zgorszone naszym strojem. Tak się dzieje kraju islamskim, uważanym przez niektórych za pół dziki. Myślę, że wiele środowisk w naszym kraju mogłoby się od nich nauczyć tolerancji.

W niedzielę rano sprawnie zdaliśmy samochód i nadaliśmy bagaż. Pani nawet nie mrugnęła okiem, choć mieliśmy łącznie ładnych kilka kilo za dużo. Z racji przewożenia inwalidy zmieniono nam bilety, żeby nie było trzeciej osoby w rzędzie. Kasia mogła spokojnie wyprostować nogę.

Muszę się przyznać, że nie obowiązują mnie ograniczenia 26 dni urlopu w roku i skrzętnie to wykorzystuję. Zaliczam wiele wyjazdów, ale większość choć bardzo fajna, w krótkim czasie zaciera się w pamięci, zlewa z innymi, podobnymi. W tym wypadku będzie bez wątpienia inaczej. To jeden z tych wyjazdów, których nie zapomina się do końca życia. Podsumowując wyjazd mogę powiedzieć, że było dużo lepiej niż sobie wyobrażałem przed wyjazdem. Ciekawy, przyjazny kraj. Piękne kaniony z ciepłą wodą, idealna pogoda. I to co najważniejsze – zyskaliśmy wspaniałych przyjaciół. Ludzi na których można liczyć, co niestety sprawdziliśmy w praktyce, potrafiących się bawić i zarażonych tą samą pasją co my. W sierpniu na spotkaniu we Włoszech znów się spotykamy. Już teraz cieszę się z tego powodu.

Po skończonym kanionie Kaputas od lewej: Bogdan, Fati, Ali, Erdal i Murat. Poniżej: Sevge, Yavuz i Kasia


Tekst: Bogusław (Bogdan) Nizinkiewicz

Zdjęcia: Bogusław Nizinkiewicz, Katarzyna Kula, Firtina Kara Murat, Fati


« 1 z 2 »

Dodaj komentarz